Kasia Lins to jedna z najbardziej intrygujących postaci współczesnej polskiej sceny muzycznej. Jej fenomen polega na umiejętnym łączeniu alternatywnego popu z elementami stylu noir oraz subtelnej melancholii. Ta mieszkanka, bazująca na talencie i charyzmie pochodzącej z Poznania artystki, przyciąga coraz szersze grono słuchaczy.
Droga Kasi Lins
Wykształcona na Wydziale Jazzu i Muzyki Estradowej w Gdańsku Kasia Lins debiutowała w 2013 roku nagranym w Nashville albumem „Take My Tears”, który ukazał się wyłącznie na rynkach zagranicznych, dzięki umowie podpisanej z azjatycką wytwórnią. Na polskiej scenie zaczynała z płytą „Wiersz ostatni” (2018). Kolejnymi krążkami - „Moja wina” (2020), „Omen” (2023) - ugruntowała swoją pozycję. Artystka komponuje również muzykę filmową – jej utwory można usłyszeć w filmie fabularnym „Asymetria” oraz dokumentach „Droga do wolności”, „7-my sierpnia” i „Zasada”.
Na czym polega fenomen Kasi Lins?
Od momentu wydania albumu „Wiersz ostatni” Poznanianka zaczęła budować własny, wyrazisty język muzyczny. Jej twórczość wyróżnia się mrocznym klimatem, poetyckimi tekstami i charakterystycznym wokalem – jednocześnie delikatnym i niepokojącym. Lins nie boi się eksperymentów, co sprawia, że każda jej płyta stanowi odrębny, spójny świat artystyczny.
Na „Mojej winie” korzystała z kościelnej nomenklatury i pochyła się na pragnieniami oraz lękami Polaków. W dusznej atmosferze poruszyła wątki takie jak wiara, relacje damsko-męskie czy toczące się na świecie wojny. Albumem „Omen” zaproponowała nieco inne uniwersum - wcieliła się w bohaterkę miłosnego kryminału, opowiadając o pożądaniu i erotyzmie. Wszystko w aurze grozy i tajemnicy.
Uważam, że moje płyty nie różnią się znacznie od siebie, a z siebie wynikają. Są konsekwencją rozwoju. Nadal kiedy piszę, pojawiają się mitologiczne bóstwa, nieodgadnione siły, których nie da się dosięgnąć - komentuje Kasia Lins.
Dalsza część tekstu pod zdjęciem
fot. Oliwier Faikis
Koncert czy spektakl?
Dużą rolę w jej sukcesie odgrywa także warstwa wizualna. Teledyski i koncerty Kasi Lins mają często formę spektakli, w których muzyka współgra z obrazem i narracją. To podejście zbliża ją bardziej do artystów tworzących konceptualne projekty niż do typowych wykonawców popowych.
W 2020 roku, gdy pandemia uniemożliwiła koncertowanie, opublikowała w sieci widowisko koncertowe pn. „Czego dusza zabraknie” z utworami z „Mojej winy”. Koncert utrzymany jest w klimacie „pop noir”. Za koncepcję i reżyserię odpowiada sama artystka oraz Karol Łakomiec. Skrupulatnie budowane światy widzimy też w jej teledyskach.
Autentyczność i potrzeba skupienia
Fenomen Kasi Lins to również efekt autentyczności. W czasach szybkiej, masowej produkcji muzyki, jej twórczość wyróżnia się szczerością i konsekwencją artystyczną. Dzięki temu zdobyła uznanie zarówno krytyków, jak i słuchaczy poszukujących czegoś bardziej wymagającego i emocjonalnie angażującego.
Ostatnim tego dowodem jest album „Obywatelka K.L.”, na którym Lins zaproponowała swoje wersje utworów Grzegorza Ciechowskiego i Republiki. Poznanianka zaryzykowała - ten pomysł mógł nie spotkać się z entuzjazmem zagorzałych fanów zespołu z Torunia. Stało się jednak zupełnie odwrotnie, o czym świadczą komentarze w sieci, ale nie tylko. Niemal wszystkie koncerty z trasy Obywatelka K.L. są wyprzedane. Tak było m.in. 22 marca w poznańskiej Tamie. Tłum nagrodził artystkę w rodzinnym mieście gromkimi brawami domagając się bisu.
Dalsza część tekstu pod wideo
Wokalistka tworząc płytę wykorzystała należący do Ciechowskiego syntezator Yamaha EX5. Podczas działań promocyjnych towarzyszą jej okulary Grzegorza. To pod kilkoma względami podobni do siebie artyści. Lins, tak samo jako współautor „Białej flagi”, tworzy dla uważnego słuchacza.
Ten projekt cały czas we mnie był, działał podskórnie. Pierwszy raz cover piosenki Republiki zagraliśmy na Boskiej Trasie, kiedy promowaliśmy „Moją winę”. Było to „Zapytaj mnie, czy cię kocham”. Pamiętam tylko, że od zawsze czułam, że chcę uwypuklić kobiece usposobienie Grzegorza, wrażliwość na detal, wrzącą emocjonalność. To był efekt kuli śnieżnej. W pewnym momencie okazało się, że robię płytę - mówi Kasia Lins.
Poznanianka zdobędzie Fryderyka?
Te działania doceniła właśnie branża. Kasia Lins znalazła się w gronie nominowanych do najważniejszych polskich nagród muzycznych - Fryderków. Ma szansę na zdobycie statek aż w czterech kategoriach, co czyni ją obok Kubana najbardziej uhonorowaną artystką konkursu. Akademia Fonograficzna przyznała jej nominacje w kategoriach:
- Album Roku Pop Alternatywny - za płytę „Obywatelka K.L.”
- Singiel Roku Pop Alternatywny - za nową wersję „Śmierci w bikini”
- Teledysk Roku - za wideo do „Śmierci w bikini” (razem z Maciejem Aleksandrem Bierutem i Karolem Łakomcem)
Zgodnie z regulaminem Fryderków, Poznanianka może dostać również nagrodę w kategorii Artysta/Artystka Roku.
Lins już poprzednich latach miała szansę na zdobycie wyróżnienia akademii. Czy tym razem jej się uda? Tego dowiemy się 25 maja podczas Gali Muzyki Rozrywkowej, która zakończy Fryderyk Festiwal 2026. Będzie też transmisja na żywo na antenie TVP1.
Najbliższa okazaja do zobaczenia zobaczenia koncertu Poznanianki w regionie nadarzy się w lipcu, podczas tegorocznej edycji Jarocin Festiwal.
Dalsza część tekstu pod zdjęciem
fot. Luke Jascz
Wywiad z Kasią Lins
Bartosz Grześkowiak: Jaki jest twój ulubiony film Davida Lyncha?
Kasia Lins: Nie muszę się długo zastanawiać - „Lost Highway”. Do Lyncha w ogóle jest mi najbliżej. Kupuję go jako całość, unikat - nawet z jego momentami spadku formy czy impasami, które rozumiem jako wynik poszukiwań wiodących na ciekawe, ale jednak manowce. Po prostu lubię ten jednostkowy, osobny styl, który wykreował. Najczęściej jednak - jako autorka, wokalistka, Kasia Lins - odnosiłam się do narkotycznego, zmysłowego „Lost Highway”.
Dlaczego?
Chyba po prostu chodzi o unikalną chemię, którą jako odbiorczyni czuję z tym filmem. Samo rozdzielenie głównej postaci, fatalne zauroczenie, kino drogi… Trudno tutaj mówić o utożsamieniu, bo to jest jakiś senno-mroczny, surrealny „dziwoląg”. Odczuwam jednak pociąg do tego uniwersum z pogranicza american dream i dusznego horroru, erotyki i grozy.
Lynch porównywał proces twórczy do łowienia ryb. Mówił, że medytacja pozwala mu dotrzeć w głębiny świadomości i wyłowić z nich najlepsze pomysły. Też zdarza ci się medytować?
Przeczytałam jego książkę „W pogoni za wielką rybą”. W tej kwestii występuje między nami rozbieżność. Medytacyja w ogóle nie jest mi bliska, nie jest to sposób, w jaki poszukuję pomysłów. Nie zapraszam idei do swojej głowy w pasywnej gotowości. Wierzę po prostu w aktywną pracę, poszukiwanie, znój - nawet jeśli to bywa przyjemne, to jednak jest to trud. Dla mnie Lynch to więc także kontrast między postulowaną metodą a rezultatem - są tak różne, że wręcz nieco groteskowe, ale rozumiem, że każdy ma swoją drogę i tryb tworzenia. Finalnie po prostu kocham jego osobność i jego kino.
Jak więc wygląda twój proces twórczy?
Nie jest to nic oryginalnego. Ważne jest dla mnie skupienie, wyłączenie się ze świata rzeczywistego i wejście do tej szczególnej przestrzeni, która pozwala na swobodę, wariacje i wykorzystanie środków, których nie używamy w codziennej komunikacji. Muszę być wtedy sama ze sobą, odcięta od bodźców zewnętrznych i innych ludzi.
Na albumie „Moja wina” pochyliłaś się nad wierzeniami, lękami i pragnieniami rodaków. Eksplorowałaś tematykę religijno-kulturowych meandrów. Miałaś poczucie, że uderzasz w konwenanse?
Nie czuję, żeby ta płyta była w jakimkolwiek sensie obrazoburcza. Te teksty są wyraziste, ornamentowane, ale nie ma w nich dosłowności, nie proponowałam jednej interpretacji. Raczej wszystko lawirowało wokół tematu religii, bardziej religii niż duchowości. Być może to moje wypowiedzi pozamuzyczne były odbierane jako radykalne stanowisko? Dzieliłam się wtedy bieżącymi refleksjami. Dzisiaj są one znacznie mniej zerojedynkowe. Dojrzewam, mogę żyć w polifonii, jeśli czuję, że mam głos.
Wcielając się w Matkę Boską Linsowoską, rozpoczęłaś w swojej twórczości serię silnych kreacji.
To była pierwsza próba budowania wyrazistego stylu, ale jednocześnie kontynuacja tropu, który podjęłam. W lynchowski świat, do którego odnosiłam się przy „Wierszu ostatnim” zanurzyłam się jeszcze głębiej przy „Mojej winie”. Korzystałam z symboliki religijnej i nomenklatury kościelnej, żeby ubrać strój wierzeń, wszelkich boskich odniesień. To wszystko zbudowało aurę sacrum wokół tej płyty. Z czasem było tego coraz więcej, aż zrobiło się dość barokowo, a album przybrał silnie kadzidlany zapach. Cóż, takie środki były mi wówczas potrzebne. One sprzyjały tamtym opowieściom.
Bohaterka miłosnej historii kryminalnej na „Omenie” była naturalną transformacją?
Tak. Uważam, że moje płyty nie różnią się znacznie od siebie, a z siebie wynikają. Są konsekwencją rozwoju. Nadal kiedy piszę, pojawiają się mitologiczne bóstwa, nieodgadnione siły, których nie da się dosięgnąć. W przypadku „Obywatelki K.L.” w dalszym ciągu gram napięciem. To jest środek, który sprzyja moim piosenkom, mojemu procesowi. Niemożliwość dotknięcia czegoś, co chciałoby się dotknąć - z takim uczuciem chciałabym pozostawiać słuchacza.
Tym wszystkim przemianom towarzyszyła też ewolucja muzyczna. Co cię wyprowadziło z obszaru soulu, jazzu i bluesa, z którego startowałaś?
Ciekawość gatunków, których wcześniej nie próbowałam. Płytę soulową pisałam i nagrałam, kiedy miałam 19 lat. W tamtym czasie studiowałam jazz i jego pochodne na Akademii Muzycznej w Gdańsku i to była rzecz mi najbliższa. Później naturalnie, to znaczy z jakiejś silnej własnej potrzeby, zaczęłam eksplorować nowe brzmienia. Tego swojego szukałam jeszcze długo. Na „Wierszu ostatnim” ono się dopiero wykluwało. Pamiętam tę silną potrzebę poszukiwania. Zastanawiałam się, czy nawet jeśli odnajdę przestrzeń, w której poczuję się jak u siebie, to będzie na tyle charakterystyczna, że będzie słychać, że jest moja. Ta ambicja towarzyszy mi od dawna.
Na „Wierszu ostatnim” chyba pierwszy raz w swojej twórczości odnosisz się do Grzegorza Ciechowskiego. Utwór otwierający płytę można odczytać jako parafrazę „Odchodząc” Republiki. „Odchodząc zostaw mnie” - śpiewasz.
Ostatnio ktoś przypomniał mi o tym utworze. Okazuje się więc, że Grzegorz Ciechowski oddziaływał na mnie od dawna, nawet jeśli nie byłam tego świadoma.
Imponuje ci przede wszystkim jako autor tekstów?
Autor tekstów czy wręcz poeta. Pozostawiał mnie pod ogromnym wrażeniem, od kiedy zaczęłam szukać, sprawdzać polską muzykę. Bardzo trafiało do mnie to, co miał do zaproponowania. To, w jaki sposób chciał opowiedzieć o miłości, o pożądaniu. To bardzo bliski mi sposób opowiadania - działa głęboko, nie koi, raczej boli.
Jesteście do siebie podobni pod kilkoma względami. Oboje operujecie metaforami i wymagacie od słuchacza skupienia. To opozycja w erze dosłowności, w którą wpisują się chociażby utwory znane dzisiaj z radia czy hip-hop.
W aurze tajemnicy, którą usiłuję budować, dosłowność byłaby jej zaprzeczeniem. Niezręcznie jest mi porównywać się do Grzegorza Ciechowskiego i stylu, który wykreował. Pewnie tak jak wielu innych autorów znalazłabym przestrzenie, w których moim zdaniem jesteśmy spokrewnieni. Pozostawiam to do oceny słuchaczom.
Kiedy narodził się pomysł projektu „Obywatelka K.L.”?
On się nawet nie narodził. On cały czas we mnie był, działał podskórnie. Pierwszy raz cover piosenki Republiki zagraliśmy na Boskiej Trasie, kiedy promowaliśmy „Moją winę”. Było to „Zapytaj mnie, czy cię kocham”. Pamiętam tylko, że od zawsze czułam, że chcę uwypuklić kobiece usposobienie Grzegorza, wrażliwość na detal, wrzącą emocjonalność. To był efekt kuli śnieżnej. W pewnym momencie okazało się, że robię płytę.
Gdy ją tworzyłaś, wykorzystałaś należący do Ciechowskiego syntezator Yamaha EX5. Podczas promocji płyty towarzyszą ci okulary Grzegorza, w teledysku do „Przyznaję się do winy” wystąpił jego syn - Bruno. Czułaś szczególne połączenie z liderem Republiki?
Tak, trafiłam do jego świata. Syntezator i okulary to artefakty, które bardzo sprzyjały nagraniu tej płyty. Zostały mi zaproponowane przez rodzinę Ciechowskiego, miałam dostęp do archiwum osobistych pamiątek po nim i oczywiście te przedmioty niby nie były kluczowe, bo kluczowa jest muzyka i potrzeba jej zrobienia, ale pomogły mi stworzyć świat Obywatelki K.L. Mój własny świat, który chociaż silnie bazuje na Obywatelu G.C., jest propozycją zupełnie inną. Dosyć dziwnie zakładać jego okulary, a jednocześnie kiedy nie mam ich w sytuacji zawodowej jako Obywatelka K.L. - czuję się trochę niepełna. Być może przyswoiłam je już jako własne.
Grzegorz Ciechowski był uważnym obserwatorem rzeczywistości społeczno-politycznej, czemu dawał wyraz w swoich tekstach. Uważasz, że rolą artysty jest komentować tę sferę naszego życia?
Uważam, że to bardzo osobnicza potrzeba, a rolą muzyka jest robienie muzyki. Doceniam, gdy artyści mają odwagę komentować naszą rzeczywistość, zwłaszcza dzisiaj, kiedy twórca równa się bardzo często marka, która musi zachować poprawny wizerunek, wyjałowiony, wyprasowany, ze strachem przed mówieniem swojego zdania.
W wywiadzie z Bartkiem Chacińskim dla Polityki stwierdziłaś, że gdyby Ciechowski zaczął tworzyć dzisiaj, nie odniósłby takiego sukcesu, jak w latach 80.
Tak uważam. Dzisiaj jest szybciej, mniej jakościowo i mniej refleksyjnie - po prostu głupiej. Twórczość Grzegorza, gdyby zaproponował ją dzisiaj, byłaby w absolutnej niszy. To są rzeczy często ciężkostrawne, które teraz nie miałby szansy zaistnieć w głównym nurcie na taką skalę jak wówczas.
Pochodzisz z Poznania. To miasto miało istotny wpływ na ciebie jako artystkę?
W Poznaniu spędziłam całą swoją wczesną młodość. Ukończyłam szkołę podstawową przy Bydgoskiej, później gimnazjum i liceum przy Solnej, dwie szkoły muzyczne. To był formujący czas. Poza tym jest wiele innych miejsc w Poznaniu, które zapewniły sobie dożywotnie miejsce w moim sercu i głowie, jak choćby Filharmonia Poznańska, w której jako nastolatka bywałam kilka razy w miesiącu. Bardzo lubiłam ten towarzyski rytuał. Moim kolejnym miejscem zamieszkania był Gdańsk, teraz jest to Warszawa. Jednak miasto rodzinne jest tym, które mnie lepiło od maleńkości i naturalnie pozostanie dla mnie ważne.
Jarocin był na pewno wyjątkowym miejscem dla Grzegorza Ciechowskiego i całej Republiki. W latach 80. i 90. dochodziło tutaj do spięć między przedstawicielami różnych subkultur…
I to było ekstra! Nie było nudy (śmiech). Szkoda, że dzisiaj nie ma już wyrazistych subkultur. Myślę, że było to wartościowe zjawisko. Brakuje mi tego.
Twój fandom nawiązujący do „Omenu” czy „Mojej winy” na pewno by się wyróżniał. W 1985 roku okazało się, że grana w radiu Republika ma w Jarocinie swoich przeciwników. Zespół stał się obiektem agresji wielu festiwalowiczów. Gdy weszli na scenę zostali obrzuceni m.in. kamieniami i pomidorami. Koncert trwał dalej, a oburzenie publiczności z czasem przerodziło się w euforię. Skończyło się na ogromnym aplauzie. Ciechowski z koncertem do Jarocina już nie wrócił, ale wielokrotnie wybrzmiewały tutaj projekty poświęcone twórczości Republiki, spotykając się z dużym entuzjazmem publiczności.
Powtórzę tę spektakularną historię (śmiech). Bywałam na festiwalu w Jarocinie jako punkowa nastolatka. Bardzo intensywnie w nim uczestniczyłam - dziko i dziecięco. Ten czas kojarzy mi się z beztroskim uczestnictwem w koncertach, faktycznym przeżywaniem ich całym ciałem. Czasami przypominam sobie to uczucie, ale nie potrafię już go w sobie obudzić. Kilka lat temu zdarzyło mi się coś zbliżonego na King Krule na Off Festivalu i to było jak wehikuł czasu. Przeniosło mnie to właśnie do czasów jarocińskiego festiwalu w czasach gimnazjum i wczesnej nastoletniości. Pamiętam metali i skinów na ulicach. Tych drugich się bałam.
Sama identyfikowałaś się z jakąś grupą?
Byłam team Pidżama Porno, Dezerter, polski punk. Nosiłam spodnie w paski, glany, czarne oversizowe t-shirty. W Jarocinie zaliczyłam pierwszy i jedyny crowdsurfing!
Chociaż dopiero ruszasz w trasę z płytą „Obywatelka K.L.” zagrałaś już kilka koncertów z tym materiałem. Jak reaguje na niego publiczność?
Dobrze wspominam występy na Męskim Graniu. Po raz pierwszy graliśmy koncerty przed wydaniem albumu, nie pamiętam większego stresu od lat. Przed zbliżającą się trasą zagraliśmy jeden przedpremierowy koncert w Jordankach w Toruniu. Odbiór był świetny. Koncert się wyprzedał, a salę wypełniali zarówno nasi stali słuchacze, jak i republikańscy fani z powiewającymi flagami w pasy. To był piękny wieczór.
Czego spodziewać się na koncercie w Jarocinie?
Nie spodziewać się niczego. Dać się ponieść i zaskoczyć.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.